WEWNĘTRZY WYMIAR SPRAWIEDLIWOŚCI

wymiar_blog

Jest we mnie pewien więzienny strażnik (nie, nie strzeże mej moralności :- ) ), który bez miłosierdzia notorycznie drze gębę: bądź NAJLEPSZA!
Na świecie? Super. W Polsce – też dobrze. W Trójmieście? No… ewentualnie… Ale to absolutne minimum. Czy to mój własny kat? Bat?
Znacie to mrowienie, podszepty, chłostę? No to kibel. Przed Wami długa droga do wyzdrowienia.

WSZYSTKO ALBO NIC, CZYLI 200%

Dobrze zrobione, czyli made by me, to oczywiste. Przecież nie zlecisz zadania czy najważniejszej części projektu komuś (kłania się delegowanie zadań), bo tylko ty zrobisz to perfekcyjnie. Po prostu najlepiej. „Jeśli ktoś coś przeoczy?” Nie ma takiej opcji. Można ci wiele zarzucić, ale nie brak zaangażowania i dopięcia szczegółów. Bierzesz to na siebie, choć to nie do końca twoje obowiązki. Czujesz, że ziemia niczyja to tak jakby twoja ziemia, bo co się ma marnować… Przykłady? Oj, cały wór, u wielu z nas. Przy organizacji koncertu jesteś przygotowana na wypadek odcięcia prądu w mieście, zawału serca uczestnika, braku wody w toalecie i wielu innych kwestii, które prawdopodobnie nigdy nie nastąpią. Logistyk powinien był sprawdzić, czy toalety dojechały na miejski piknik? No powinien, ale zapomniał, więc jedziesz o czwartej rano (bo ktoś musi). Layouty nowego systemu IT miały być gotowe, ale nie dostałaś maila z zawartością i przez błąd komunikacyjny świrujesz? Nie ma nic lepszego, niż podłączenie się do firmowej sieci tuż po północy (może ktoś pracuje tak, jak ty?). Codzienność.

ZALETA CZY WADA?

Błędne koło perfekcjonizmu polega na tym, że perfekcjoniści mają bardzo często naprawdę świetne pomysły, ale nie wprowadzają ich w życie, bo uważają je za kiepskie. Trzeba umieć generować pomysły i rozwijać je _bez autocenzury_, a to w ich przypadku jest dość trudne. Dlaczego? Bo niełatwo o doskonałość, a w nich przypadku tylko to się liczy. Perfekcjoniści wykazują tak duże energetyczne zaangażowanie w postawione przed nimi zadanie, że zużywają na nie wszystkie swoje siły i środki. Są przy tym wobec siebie niezwykle krytyczni.
Trudno im osiągnąć zawodowe cele, zresztą – inne także, bo poprzeczka, niezależnie od rodzaju zadania, wszędzie wysoka. Perfekcjonista szybko się zapala i szybko gaśnie, choć w fazie rozpalenia – i temu zaprzeczyć nie można –  jest rzetelną niemiecką maszyną do wykonywania zadań. Możesz mu zaufać, nie spartoli.

BITWA JEST KRÓTKA

Strażnik więzienny się cieszy, bo za kratkami jesteś kompletnie stłamszona. Choć masz cudowny potencjał i duże ambicje, funkcjonujesz jak ubezwłasnowolniona. Kątem oka, jakimś cudem zdarzy się, że zauważysz, że zbliża się wewnętrzny oskarżyciel:
– Pani powinna odetchnąć. Iść do lekarza, sprawdzić wyniki, pani taka blada…
Obrońca: – Jaka blada? Zima, to rumieńców nie ma, a poza tym komu się chce po przychodniach latać. Kolejkę starowinkom zabierać. Czasu szkoda, a poza tym niedospanie to efekt zbliżającego się Blue Monday (pseudonaukowe, ale kto na sali sądowej sięga po racjonalne argumenty).
I na to sędzia, opłacony przez wrogów, nieobiektywny stary gnojek, ze złośliwym uśmieszkiem mówi: a mogło być lepiej…
Wyrok?

TOKSYCZNY PERFEKCJONIZM

Najpierw rosnące miesiącami napięcie. Samobiczowanie psychiczne, gdy nie dajesz rady – pragnienie bycia najlepszym we wszystkim powoduje stałe niezadowolenie z osiąganych wyników. Zaburzenia snu. Czasami wpadki w łóżku. Niekiedy poszarpane skórki dłoni, ogryzione paznokcie, lekkie zadrapania (elementy autoagresji). Coraz trudniej sprostać własnym oczekiwaniom. Wypalenie zawodowe (o ironio!). Wreszcie depresja z wszelkimi jej konsekwencjami. Prem Fry, profesor psychologii z Trinity Western University w Kanadzie, szacuje, że ryzyko przedwczesnej śmierci u perfekcjonistów jest aż o 51% większe niż zwyczajnie funkcjonujących.

KARA I NAGRODA: ODWYK

Nagle otrzymujesz namiastkę czasu. Przypominasz sobie, że przecież masz priorytety. Pasje. No dobra, miałaś. Może zawalczysz, by mieć je na nowo?
Na kozetce albo po prostu w jakimś barze, klubie, stowarzyszeniu. W kościele. Albo w swoim domu, przy ramieniu przyjaciółki, którą od miesięcy niepokoił twój stan… I ta sekunda olśnienia, w której – eureka – chwytasz, że zwariujesz, jeśli to potrwa jeszcze jeden tydzień. Albo dzień.
Potrzebujesz przyzwolenia na słabości i upadki. Zrównoważenia. I świadomości, że nie nic musi być ani na 200 ani nawet na 120%. Bo 80% to jest _wystarczająco dobrze_.
To słowa, które w pierwszej chwili budzą naturalny opór. „Mniej niż 100 to bylejakość” – myślisz. Ale się mylisz. Magia słów i przekonań. Przekleństwo przyzwyczajeń.

Od tego dnia stajesz się uważna, także wobec siebie samej. Obudź się. I stań SIĘ.

 

Ps. Gdy rozpoczynałam wpis sformułowaniem: Jest we mnie… przypomniał mi się jeden z wierszy Haliny Poświatowskiej. Pasuje jak diabli, a jego fragment brzmi:
…jest we mnie spłoszona mysz
i łasica węsząca zapach krwi
i przestrach i pościg…

Comments
  1. 4 lata ago
  2. 4 lata ago
    • 4 lata ago

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>