BABSKIE TAKIE.

strój

Znasz to uczucie, kiedy wszyscy rozmawiają o dodatkach, a Wy nawet nie wiesz, jaką kreację powinnaś kupić? Albo, co gorsza, kiedy?

Szukam kiecki. Popłoch, bo impreza tematyczna, spora, wiecie, taka z cyklu: fajerwerki, pompa, fotograf. A ja, organizator, w czarnej dupie. Zmęczona wielodniową robotą, choć na haju, bez konceptu na ubiór, bo przecież jeszcze trzeba wszystko podopinać, sukienka poczeka. Przyszedł jednak dzień, kiedy dłużej już czekać nie mogła. Patrzę do szafy – pusto. Prawie. Ale nic się nie nadaje.

Gosia, nie jesteś w panice? – pyta zdziwiona przyjaciółka.

Nie, jeszcze nie, wierzę, że gdzieś w zakamarku szafy czeka na mnie zapomniana cudowna szata. Nie wiem, skąd to myślenie, bo przecież od dawna nic nie kupiłam. No ale irracjonalizm to babskie drugie imię, czyż nie? Szperam. W nocy się poddaję. NIE MA. Przypomina mi się kibicowskie skandowanie: nie ma i nie będzie!

No cóż, galeria mnie przeraża, miliardy czy tryliardy ludzi poszukujących prezentów gwiazdkowych bez ładu i składu poddających się defiladom – nie dam rady. No nie ogarnę, psyche odmawia. Jadę do feszynhałsa. Dzwonię do przyjaciółki: przyjeżdzaj, sytuacja emerdżensi - sama kiecki nie wybiorę.

Latamy. W godzinę obleciałyśmy całość. Dobre tempo. Dupa, warte zachodu trzy raptem sukienki, jedna za majątek i buty do niej za drugi, druga czarna (nie chcę), trzecia źle leży. No to se zrobiłyśmy zakupy. Wracamy do domu. Ona z przerażeniem patrzy, a ja zaczynam się śmiać. Jeszcze nie histeria, ale stan tuż przed. Przechodzi mi szybko, myślę sobie: e tam, pójdę w eleganckich spodniach, w końcu jako organizator i tak będę tam w pracy. Żeby się nie zafiksować. Idę spać w zadziwiającym spokoju i harmonii.

Popłoch.

Kolejnego dnia jednak ulegam presji wszechobecnych pytań: a ty w czym będziesz? Wymiękam. Tuż przed zamknięciem sklepu wpadam jak wicher, włos faktycznie rozczapierzony mam dziko, przymierzam _jedną_ kieckę (czarną. Tak, wiem, widzę, co napisałam wyżej) i od razu kupuję. Jest seksowna, ale bez przesady, ma gołe plecy, które rekompensują stonowany krój góry. Pani przy kasie miło mnie zaskakuje informacją o cenie. Sukienka od razu podoba mi się jeszcze bardziej.

Melduję przyjaciółce: nie uwierzysz, kupiłam. Jadę do Twojej szafy poszukać dodatków, mogę? Ona, jak zawsze rozumiejąca, zaprasza mnie mimo, jak rzecze, burdelu w chałupie.

Ale los nie jest taki całkiem przychylny! Gdy jestem jakieś 3 minuty od jej domu dzwoni: awaria, nagłe zebranie w przedszkolu. Poczekasz gdzieś? Poczekam, pewnie. Czekam. Godzinę. SMS: błagam, nie mogę wyjść, poczekaj u mnie w domu. Odpisuję: posklepuję. Ruszam, w markecie niemal pusto (szok! Gdzie oni wszyscy nagle są – szukam ukrytej kamery, ale nie ma), kupuję 7,2 kg cukierków. Przyda się. Po dwóch godzinach piszę: jadę do Ciebie, będę warować pod drzwiami. Ona: jest już mój mąż, wchodź. Włażę. Nie, nie, nic z tych rzeczy. Zgodnie z wyznawaną zasadą: cudzy mąż jest cudzy – po prostu wypijamy herbatę. Wpada ona, raz ciach idziemy na górę, wchodzimy do szafy…

Garderoba

14 sukienek. Wszystkie czarne. Czarna mała, czarna z koronką, czarno-stalowa… Nie mogę przestać się śmiać, bełkoczę: Ty, ja w sumie to kieckę mam, szukam czegoś pod hasłem: kasyno, tu gdzieś kołujmy. Mówi, że nie ma. Bo i skąd. Przymierzam inne kiecki (bo a nuż w jakiejś będę wyglądała olśniewająco?!), każda ciekawa. Zostaję jednak przy swojej. Wybieram szpilki – wysokie, spróbuję się w nich nie zabić. Między czarnymi sukienkami znajdujemy kwiat – coś fantastycznego na taką imprezę! Konfiskuję. Ona zadowolona, bo w końcu coś mamy, choć słabo jak na stylizację. Pora nocna coraz bardziej, księżyc ku pełni. No skąd by tu bolerko na ramiona, futrzaste najlepiej… O! Mam pierzastą zasłonę, potnjmy i uszyjmy?! – krzyczy nagle. Oniemiałam. Jutro impreza, a ona w nocy szyć chce. Ze mną! Chyba nie widziała, jak przyszywam guzik… Siadam na ziemi i chichram, bo w sumie ta sytuacja jest taka trochę idiotyczna. W skarpetach frote i kiecce z gołymi plecami wyglądam wybitnie szykownie. Ona dołącza, więc coraz zabawniej robi się w szafie. Imprezę zrobiłyśmy zanim się człowiek obejrzał.

Nagle, gdy leżymy głowami tuż koło dywanu, dostrzega szary, włochaty SZAL!  - Gocha…mamy to!! – wrzeszczy. – Nie wiem, co to i skąd, ale mamy!!
Jezu – myślę sobie – mąż mnie wyklnie, sąsiedzi zadzwonią na policję; niezrównoważenie panuje tu pełne. Ubieram całość. Skarpety won. Jest ekstra. Naprawdę! Jestem GOTOWA.

Pointa

Kocham ją, tę moją psiapsiółę i tę jej szafę bezdenną, ukrywającą wszelkie zadziwiające drobiazgi, skarby pozaziemskie i wyczesane w kosmos ciuchy. Nie wiem, skąd ona je ma i ona też nie. Za to też ją kocham. Magia! I teraz, na koniec, powiedzcie mi, czy facet – w jakikolwiek sposób – ma w ogóle opcję, by to zdarzenie i te emocje zrozumieć? :)

 

Comments
  1. 5 lat ago

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>